a gdyby tak te wszystkie bajki okazały się prawdą
i gdzieś na jakimś strychu stoi sobie wehikuł czasu przykryty wielkim prześcieradłem...
i gdyby tak znaleźć sposób, by zadziałał, ruszyć w przeszłość i stanąć obok siebie.
obok siebie głupiego i niedoświadczonego, stojącego po środku drogi prowadzącej gdzieś mając już swoje doświadczenie i pamięć przeżytych chwil.
czy trzymałbym język za zębami, czy darł się z całych sił by ja z przeszłości nie spierdolił spraw, które były tak ważne.
podobno istnieją światy równoległe, w których nasze alternatywne ja podejmuje inne decyzje. mam chociaż cień nadziei, że gdzieś jesteśmy razem...
wtorek, 26 stycznia 2010
niedziela, 3 stycznia 2010
była niezwykła.
odbijała na śniegu ślady swoich stóp.
rozmiar 40. duże jak na dziewczynę. tym bardziej, że reszta jej samej była drobna.
jasna cera, kilka piegów na nosie i kasztanowe loki opadające na zgrabne ramiona.
było bardzo zimno, nie miała czapki i biegła przez park.
minęła mnie, pobiegła jeszcze parę kroków, kiedy silny, zimny wiatr porwał jej szalik...
leciał jak wielki malowany w folkowe wzory ptak.
szalik upadł przed moimi nogami.
bez zastanowienia podniosłem go i podszedłem do niej.
~proszę..
~dziękuję.. było widać, że jest zawstydzona...
dziadek powiedział mi kiedyś, że jak coś człowieka zachwyci, musi to podziwiać, kiedy tylko może, to jego obowiązek. zachwytu nie da się przeżyć w kilka sekund. to skomplikowane odczucie. A ja miałem trochę czasu...
tak ją poznałem. Treść mojego życia, treść i scenarzystkę w jednym. pisała mnie, siebie nas.
poszliśmy na herbatę. dla siebie zamówiłem cynamonową z dwoma łyżeczkami cukru.
Ona... pamiętam to dobrze... z uśmiechem powiedziała..
~dla mnie zielona z plasterkiem cytryny, dziś mam ochotę na zieloną. nie słodzę.
patrzyłem w jej żywe zielone oczy i podziwiałem usta, mieniące się wszystkimi kolorami czerwieni...
na imię jej było Natchnienie
odbijała na śniegu ślady swoich stóp.
rozmiar 40. duże jak na dziewczynę. tym bardziej, że reszta jej samej była drobna.
jasna cera, kilka piegów na nosie i kasztanowe loki opadające na zgrabne ramiona.
było bardzo zimno, nie miała czapki i biegła przez park.
minęła mnie, pobiegła jeszcze parę kroków, kiedy silny, zimny wiatr porwał jej szalik...
leciał jak wielki malowany w folkowe wzory ptak.
szalik upadł przed moimi nogami.
bez zastanowienia podniosłem go i podszedłem do niej.
~proszę..
~dziękuję.. było widać, że jest zawstydzona...
dziadek powiedział mi kiedyś, że jak coś człowieka zachwyci, musi to podziwiać, kiedy tylko może, to jego obowiązek. zachwytu nie da się przeżyć w kilka sekund. to skomplikowane odczucie. A ja miałem trochę czasu...
tak ją poznałem. Treść mojego życia, treść i scenarzystkę w jednym. pisała mnie, siebie nas.
poszliśmy na herbatę. dla siebie zamówiłem cynamonową z dwoma łyżeczkami cukru.
Ona... pamiętam to dobrze... z uśmiechem powiedziała..
~dla mnie zielona z plasterkiem cytryny, dziś mam ochotę na zieloną. nie słodzę.
patrzyłem w jej żywe zielone oczy i podziwiałem usta, mieniące się wszystkimi kolorami czerwieni...
na imię jej było Natchnienie
Subskrybuj:
Posty (Atom)

